„Nigdy nie mów nigdy” – Magdalena Pazera


Gdyby świadectwa miały tytuły, motta, hasła przewodnie albo byłyby umieszczane w jakimś bożym katalogu moje znalazłoby się pod hasłem: „Nigdy nie mów nigdy”. Kiedy tylko dowiedziałam się o możliwości chrztu wodnego, moja pierwsza myśl brzmiała: „Nigdy w życiu!”, choć sercem czułam, że powinnam to zrobić aby chronić moje dotychczas zgromadzone boże skarby. Rozpoczęła się walka ciała z duchem. Ponieważ jestem osobą, która musi mieć zawsze wszystko pod kontrolą, uczucie wypierania ciała przez wodę nie należy do moich ulubionych (delikatnie mówiąc). Dodatkowo myśl, że miałabym się zanurzyć cała w wodzie i przez ok. pół minuty nie oddychać była dla mnie przerażająca. Oczyma wyobraźni widziałam jak gubię w wodzie soczewki kontaktowe i wracam na brzeg totalnie ślepa (przez wiarę). To tyle jeśli chodzi o ciało.


W duchu wiedziałam, że czeka mnie ogromne przeżycie. Jako, że na tej płaszczyźnie nie działo się nic wielkiego w ostatnim czasie, można powiedzieć, że czekałam na chrzest jak na mały huragan Katrina. Dlatego też po rozmowie z pastor Iwoną (i dzięki niej) zaczęłam modlić się żeby Bóg utorował mi do siebie drogę. Chyba widział moje serce, bo zatroszczył się o mnie idealnie. Pierwszy raz widziałam jak Bóg opiekuje się mną i wszystko idealnie mi układa. Razem ze mną przyjmowała chrzest moja przyjaciółka – Ilona, która przyprowadziła mnie do Kościoła i bez której nie byłabym w tym miejscu. Oprócz niej „wodowała” także Alicja – dziewczyna, która też jest bliska mojemu sercu. Ale najlepsze na koniec: chrztu udzielał mi mój narzeczony, który został nim dzień wcześniej. Poza tym chyba cały Kościół dzielnie nam sekundował. To wszystko sprawiło, że czułam się bezpieczna i wiedziałam, że drugiej takiej okazji Bóg mi nie zorganizuje. Jeszcze na porannym nabożeństwie, podczas uwielbienia przy słowach: „Panie proszę zabierz mnie tam, gdzie jest Twój tron (…) chcę być zawsze blisko Ciebie (…) Zabierz mnie tam gdzie miejsce najświętsze” poczułam, że naprawdę tego chcę. Wiedziałam, że chrzest to dobra decyzja, a jeśli ceną za bycie z Jezusem jest wejście do tej wody i pokonanie mojej bariery, to ja chcę ją zapłacić. Zrobić to tylko po to, żeby być bliżej Niego i dla Niego, bo Jezus jest moim wybawieniem. Dopiero teraz wiem co to naprawdę znaczy i jak bardzo Bóg umiłował świat. Rozumiem już co to różnica pomiędzy starym a nowym, pomiędzy wierzącym a niewierzącym. Kiedy zanurzyłam się w wodzie, czułam się tak jakbym wpadła w Jego objęcia i wiedziałam, że od tej chwili Bóg będzie ze mną w każdym czasie i każdym miejscu.


Kilka godzin później odbyło się nabożeństwo w Domu Łazarza. Siedziałam tam, chowając dłoń w dłoni Adriana i poczułam się tak jakby Bóg zatrzymał na chwilę czas i pokazywał mi w jakim kiedyś byłam miejscu a gdzie jestem teraz. Zawsze chciałam być blisko Niego, zazdrościłam ludziom relacji z Bogiem. Jeszcze parę lat temu nie spodziewałam się, że kiedyś będę w tym miejscu. Nawet nie śmiałam o nim głośno marzyć. Nie wierzyłam, że można pokochać kogoś obcego niemalże tak mocno jak swoją rodzinę. Nie wierzyłam, że spotkam kogoś z kim będę chciała i kto będzie chciał ze mną budować nasz wspólny dom. Łzy wzruszenia (które skrzętnie ukrywałam) napływały mi do oczu i wiedziałam, że właśnie tak wygląda szczęście. Zanurzasz się w Bożej obecności razem z ludźmi, dla których On jest tak samo ważny jak dla Ciebie. „Patrzysz” na wszystkie podarowane od Niego skarby i nie wierzysz własnym „oczom”. Siedzisz i ryczysz, bo nie wierzysz, że to wszystko dzieje się naprawdę a Twoje życie to obraz, który zawsze chowałaś gdzieś na samym dnie swojego serca, zapominając momentami, że gdzieś tam jest. Bóg to wszystko wyciąga i mówi: „Patrz! Taki jestem! Mogę tyle Ci ofiarować, ponieważ Cię kocham.” Przypomniała mi się modlitwa pastora Marka o to, by Bóg pokazał mi swoją miłość. Nie spodziewałam się, że jest tak wielka i tak mocno dotyka. A potem spojrzałam na tych wszystkich ludzi z Domu Łazarza i poczułam wstyd. Kiedy weszłam na salę, pierwsze co zauważyłam to nieprzyjemny zapach. Od razu weszłam w tryb pt.: „Jestem od was lepsza”. To się zmieniło, kiedy za mównice wszedł pastor Viktor Batov zaczął przemawiać do tych ludzi z czułością, miłością, zrozumieniem i… wzruszeniem. Mówił o tym, że Bóg traktuje wszystkich ludzi jednakowo, że tak samo kocha tych, którym noga się w życiu powinęła, jak i tych, którzy zawsze szli prostą drogą. Spojrzałam na tych ludzi przez pryzmat słów wypowiedzianych przez pastora i poczułam, że oni są lepsi ode mnie – bo dają sobie świetnie radę w trudnych sytuacjach, podczas gdy ja chowam się po kątach.


Po nabożeństwie w Domu Łazarza doceniłam też nasz Kościół i fakt, że nie ma w nim krzty religii – jedynie żywy Bóg. Nawet na krzyczącego pastora Marka spojrzałam przychylniejszym okiem i doceniłam trud, jaki wkłada w budowę Kościoła. Teraz rozumiem.